Archiwum
RSS
sobota, 12 grudnia 2009
Faza pierwsza: marskość emocjonalno - mentalna
Ewie, mojej przyjaciółce, a zarazem kuzynce, która jest teraz daleko stąd i nie mogę jej wszystkiego opowiedzieć, marzycielom - głównie tym skrytym, oraz wszystkim tym, którzy mnie nie znają.



''We will all laugh at gilded butterflies.''
W. Shakespeare


Faza pierwsza: marskość emocjonalno - mentalna


   Wrocław dekadencki, powiedzmy, że w sobotę, o poranku lub przed południem, dziesiąta trzydzieści sześć, a raczej dziesiątatrzydzieścisześć, umysł rejestruje ten jeden wyraz jako nic nieznaczące słowo o zabarwieniu próżnego bełkotu, w taki jednak sposób, o nastełej porze dnia informuje mnie czasomierz w lewym, górnym rogu wyświetlacza telefonu komórkowego, ale po co komu szczegóły?
Pies wyje z samotności.
Tak, ja bardzo lubię szczegóły, te najmniejsze, najdrobniejsze ułamki każdej, żywej komórki. Nie, nie telefonu, komórki w sensie biologicznym, ale nie bądźmy drobiazgowi, chodzi tylko o szczegółowość, ale o tym później, może nigdy.
    Dekadentyzm, na tym się zatrzymałam, nim zboczyłam z jasno wytyczonej trasy. Dekadentyzm paryski, dym papierosowy wydobywający się z oszołamiająco ponętnych, tak absolutnie aksamitnych, kobiecych ust. Ja tak to widzę, choć wciąż nie rozumiem, czemu usta urodziwej paryżanki są absolutnie aksamitne, kiedy - przy każdym wypełnianiu swych płuc oparami zmielonego tytoniu - drapie je swymi językami wydmuchiwana, śmierdząca zawrotem głowy, szara para.
Ale może to dla kogoś seksowne, może Pan/Pani to lubi. Ja nie lubię wielu rzeczy, ale zostawmy to.
Dzisiaj wszystko jednak paradoksalnie ma swój sens i swoją harmonię, nic mi nie przeszkadza w analizach.
Może to tylko tak dzisiaj, może w tym tygodniu, jeszcze nie wiem.

   Gdybym mieszkała w stanach zjednoczonych, na pewno nosiłabym jedno z tych amerykańsko brzmiących imion.
Może byłabym szaloną Kate albo zrównoważoną Jane, może dewociarską Mary, kochliwą Tracy lub też Megan, miłą dziewczyną z sąsiedztwa cierpiącą na zespół zaburzeń obsesyjno kompulsywnych.
Jak chcecie, bym się nazywała?
Na imię mam Jane, ale to tylko na razie, zanim poznacie mnie naprawdę, na razie to nie wypada się przedstawiać prawdziwie, przecież my się nawet nie znamy.
Zagrajmy na niby.

   Nie wiem jeszcze, o czym Wam opowiem lub też jedynie udaję.
Z pewnością ucieszyłby Was kolejny, płomienny romans, z chęcią przeczytalibyście łzawą opowiastka o rozstaniu, a bez dwóch zdań, miłośnicy krwawych powieści nie odłożyliby na półkę historii o intrygującym morderstwie dokonanym przez męża na niewiernej żonie, która spędziła noc z jego własnym ojcem.
Tak, zdrady też lubicie. Zdrady, patologie, cierpienie i kwintesencje życia - śmierć. Przyprawione tak słodką, odrealnioną historyjką o miłości.
Nie moi Państwo, nie jestem cyniczna.
   O czym chcielibyście usłyszeć, co przeczytać?
Proszę, przejdźmy na Ty. Bądźmy uniwersalnymi przyjaciółmi z internetowego czatu. Znamy się, ale nie naprawdę, na żarty, na hokus - pokus.
Nie chcę się spoufalać, po prostu zniwelujmy dystans, będzie nam łatwiej się poznać, może nawet naprawdę.

10:31, rocksanka
Link Dodaj komentarz »
Początek
Sny, marzenia, gra wyobraźni, fantazja, baśniowość, odrealnienie, magia, lekkość myśli, czary - mary, metafizyczność, iluzja, psychodelizm, pasja, delikatność trzepotu skrzydeł motylich, słodkość likieru, latanie, siła umysłu, potęga ducha, prawo przyciągania, lawirowanie między dwoma światami, zdobywanie chmur, pogoń za białym królikiem, konsystencja nieba, sugestywność gestów i niezwykłość uczucia zwanego prozaicznie miłością.

Te i sto tysięcy pięćset osiemdziesiąt jeden czynników stały się niewątpliwą inspiracją do napisania - a przynajmniej - rozpoczęcia pisania mojej książki.
Bowiem - całkiem prawdopodobne - iż nadszedł najwyższy czas do połączenia wszystkich moich idei, marzeń, poglądów, przekonań, słów, myśli i przewrotności życia w jedną, konstruktywną i w miarę sensowną całość. Jedyną odskocznią byłaby niebezpośredniość przeżyć, chociaż...kto wie?

Państwo pozwolą, że zacznę?


Parę słów wstępu, by tradycji zadość uczynić


   Mając te zaledwie siedem, osiem lat pisałam książki. Dziecięce fantasmagorie zapisywałam w zeszytach, które z całą pewnością kurzą się jeszcze w jednej z szafek biurka, w moim rodzinnym domu, w Polkowicach. Tysiące zmyślonych historii, historyjek. Oprawiałam je wtedy okładkami z białego bloku technicznego, by w każdym szczególe przypominały te prawdziwe, sklepowe woluminy. Na okładce widniał tytuł, a o szatę graficzną również troszczył się sam autor. Numerowanie stron i tworzenie szczegółowego spisu treści, z podziałem na rozdziały, bawiło najbardziej. W niedzielne popołudnia jeździło się z wizytą do dziadków, gdzie przy ciepłej herbacie i świeżo upieczonym przez babcię cieście ze śliwkami czytało się moje 'małe dzieła'.

Wtedy mówiło się ''ona ma talent'' i ''zostaniesz pisarką''. Wtedy jednak nie myślałam o tym, gdyż moją pasją - odkąd nauczyłam się wydawać pierwsze dźwięki artykułowane - był śpiew i jak każda mała dziewczynka żyłam marzeniami o zabłyśnięciu pewnego dnia jako sławna piosenkarka.

Z czasem chęć do kreowania wyimaginowanych światów i zapisywania spostrzeżeń w formie konkretnej historii - zanikła. Twierdziłam wtedy, a potem jeszcze przez bardzo długi czas, że nie jestem w stanie. Mój wrodzony perfekcjonizm sparaliżował myśl o stworzeniu, o napisaniu książki. Przecież musiałaby być idealna, perfekcyjna w każdym calu. Zawsze, we wszystkim dawałam i daję z siebie sto procent. Wszystko albo nic było moim credo życiowym. Jak można było się domyśleć - i w tym wypadku wybrałam 'nic'. Staram się jednak przez cały czas toczyć walkę z ograniczeniami mojego umysłu, które zbyt często narzucają to czy tamto.

Skoro dwadzieścia cztery godziny na dobę, także we śnie, nawiedza mnie miliony myśli, które układam - bądź co bądź - w poprawnie gramatycznie zdania, skoro bez przerwy, zupełnie jak dawniej, żyję wybujałymi marzeniami, a siedząc w porannym tramwaju wiozącym mnie na zajęcia, rozmyślam nad kolorem jesiennych liści, topiących się w towarzystwie łupek słonecznika i wpół wypalonego papierosa, w smutnej kałuży, za oknem, na przystanku. Dlaczego by nie spróbować? Dlaczego by choć raz nie poukładać tego zdanie po zdaniu, w całość potocznie zwaną książką? Niech będzie to coś dorywczego, coś lekkiego, bo tak absolutnie nie cierpię się z czymś wiązać, kreując sobie w ten sposób kolejne - z początku może niewinne - natręctwo.


09:46, rocksanka
Link Dodaj komentarz »